Misja w Gruzji – lato 2013

W czerwcu 2013 roku wraz z grupą młodych, pełnych zapału i chęci do działania osób, po raz pierwszy przylecieliśmy do niewielkiej gruzińskiej wioski Shavshvebi, znajdującej się nieopodal zniszczonego po wojnie w 2008 roku miasta Gori.
Od samego początku nie mogliśmy oderwać wzroku od zapierających dech w piersiach malowniczych krajobrazów górskich. Niestety, obok pięknych widoków nie dało się również nie zauważyć wszechobecnej biedy i nędzy. Ich skalę zobaczyliśmy dopiero po przyjeździe do samej wioski, w której główna ulica była zaledwie niezgrabnie wyrównanym pasmem gruzu i żwiru, a tylko w nielicznych domach dało się dostrzec szyby w oknach.
Nie zrażając się tym, co zastaliśmy na miejscu, z jeszcze większym entuzjazmem postanowiliśmy zakasać rękawy i zrealizować to, z czym przyjechaliśmy. Naszym celem było „pokazanie Boga” poprzez zorganizowanie kolonii dla dzieci z okolic, które uczęszczały na zajęcia świetlicy środowiskowej prowadzonej przez Chatunę, kobietę o wielkim sercu, która zaaranżowała nasz przyjazd i dopilnowała, by na miejscu - pomimo skromnych warunków - niczego nam nie brakowało.
Gościnność gruzińską można spokojnie wyrazić słowami „gość w dom, Bóg w dom”. Po gorącym przywitaniu przystąpiliśmy do pracy. Wraz z kolejnym dniem ruszyły zajęcia plastyczne, gry sportowe, zajęcia angielskiego i co najważniejsze - lekcje biblijne. Podzielone na grupy dzieci z niespotykanym nam dotąd zaangażowaniem brały udział we wszystkich zabawach i aktywnościach, które dla nich przygotowaliśmy. Śpiewały i tańczyły, wycinały i wyklejały kolaże, uczyły się nowych słówek po angielski (i polsku), a nadmiar energii zużywały na boisku podczas gier zespołowych. Czasami ciężko było zapanować nad tłumem rozweselonych pociech, ale uśmiech na ich twarzach rekompensował nasze zmęczenie.
Bariera językowa i dziecięca nadpobudliwość nie były jedynymi przeszkodami. Doskwierały nam również gorący klimat i spartańskie warunki. Wiedzieliśmy jednak, że taki wyjazd wiąże się z poświeceniem i niewygodami i byliśmy na to przygotowani.
Po dwóch tygodniach wspólnie spędzonego czasu przyszedł czas na pożegnanie. Nie obeszło się bez łez i czułych słów, a także drobnych prezentów i upominków dla obu stron. Już wtedy wiedzieliśmy, że na pewno tu jeszcze wrócimy.